Stephen King jest moim prywatnym mistrzem i królem powieści grozy. Z jego twórczością wiąże się pewna mocno sentymentalna historia z mojego dzieciństwa, o której już kiedyś opowiadałam. Będąc małą dziewczynką zainteresowałam się jedną z okładek książki, która stała na półce w domu moich dziadków. Miałam wtedy może pięć-sześć lat. Ta okładka, to „Firestarter” w wydaniu Phantom Press International z 1992 roku. Jest paskudna i po ponad dwudziestu latach patrzenie na nią nadal jest lekko niekomfortowe. Z tym, że ja uwielbiam ten rodzaj dyskomfortu. Dreszczyk, niepokój, zjeżone włosy na karku. Tego oczekuję od strasznych historii – fizycznego odczuwania, oddziaływania na wyobraźnię, wyrwania z bezpiecznego kokonu codzienności. Być może to właśnie dlatego Mikel Santiago przykuł moją uwagę. Określają go mianem „hiszpańskiego Stephena Kinga”. Pomyślałam wtedy, że to musi oznaczać coś naprawdę dobrego. Czy miałam rację?

Ostatnia noc w Tremore Beach – zarys powieści

„Ostatnia noc w Tremore Beach” to powieść – ku mojemu rozczarowaniu – mocno schematyczna. Mamy głównego bohatera, znanego kompozytora Petera Harpera, który przeżywa twórczy kryzys po rozstaniu z żoną. Postanawia oderwać się od przytłaczającej go rzeczywistości i wynajmuje dom na wyspie, z dala od miejskiego zgiełku. Dom otoczony szumem oceanu i zalany promieniami słońca. Tam poznaje sąsiadów, starsze małżeństwo, które cieszy się emeryturą w tym słonecznym raju, a także Judie, młodą kobietę, która prowadzi pobliskie schronisko dla turystów. Peter i Judie z każdym dniem coraz bardziej się do siebie zbliżają, lecz zarówno on, jak i ona skrywają własne tajemnice, przez co ich relacja wciąż natyka się na pewien rodzaj bariery.

Sielanka dobiega końca w momencie, gdy Peter, wracając z proszonej kolacji u swoich sąsiadów, pada ofiarą gwałtownej burzy i zostaje rażony piorunem. Po tym incydencie szybko dochodzi do siebie, lecz nękają go silne bóle głowy i zaczynają nawiedzać wizje. Wizje tak realne i tak koszmarne, że nie jest w stanie odróżnić ich od rzeczywistości. Każda wizja ukazuje mu śmierć kolejnej z najbliższych mu osób. Peter zaczyna tracić poczucie rzeczywistości, a jego rodzina i przyjaciele nie są w stanie traktować jego opowieści poważnie.

Ostatnia noc w Tremore Beach, recenzja, Mikel Santiago, burza

Hiszpański Stephen King

Powieść Mikela Santiago nie wywarła na mnie oczekiwanego wrażenia, zatem z przypiętą mu łatką zdecydowanie się nie zgadzam. Faktem jest, że odnaleźć można wiele analogii i podobieństw pomiędzy twórczością Santago, a sposobem narracji i stylem pisania Stephena Kinga. Daleko mu jednak do balansowania napięciem, znanego z powieści Kinga, choć muszę przyznać, że „Ostatnia noc w Tremore Beach” na długo przykuła moją uwagę i ciężko było mi się od niej oderwać. Miałam wrażenie powtarzalności schematu, ponieważ motyw burzy i jej złowroga aura powracają w tej powieści kilkukrotnie, będąc pewnym wzmocnieniem, sposobem na budowanie napięcia do opisywanych scen, jednak po którymś kolejnym razie przestają zupełnie działać na wyobraźnię.

Ostatnia noc w Tremore Beach, recenzja, Mikel Santiago, burza

Autor przedstawia dość banalną historię w ciekawy, choć przewidywany sposób. Pojawia się tu wątek nadprzyrodzony, wizje i symbole. Santiago bardzo obrazowo manewruje detalami i szczegółami, które tworzą mroczny klimat tej powieści i to dzięki nim uwaga czytelnika jest skupiona na wydarzeniach. Detale tworzą historię bohaterów, ich charaktery, a także pozwalają czytelnikowi na doświadczanie szaleństwa głównego bohatera niemalże na własnej skórze, podczas gdy drobiazgi i przedmioty z jego otoczenia pozwalają mu odróżnić sen od jawy. Wątek kryminalny w mojej ocenie pozostawiał wiele do życzenia i przyniósł mi duże rozczarowanie. Zamiast akcji i trzymającej w napięciu walki otrzymałam nierealną, nierzeczywistą i dość absurdalną sytuację, która znacząco wpłynęła na mój odbiór całej powieści.

Powieść ma niezaprzeczalnie doskonały klimat i czyta się ją naprawdę dobrze, a pomimo dość przewidywalnego rozwiązania zagadki – nie wszystko da się odgadnąć i ta historia potrafiła mnie zaskoczyć. Nie odnalazłam tu wielkich emocji i zdecydowanie nie odczułam mojego ulubionego dreszczyku, jednak burza nad Tremore Beach porwała mnie na długie godziny i miałam lekkie poczucie niedosytu, gdy się skończyła.

Ocena: 6,5/10