Legion Samobójców – warto zobaczyć?

Legion Samobójców – warto zobaczyć?
Legion Samobójców – warto zobaczyć?
Legion Samobójców – warto zobaczyć?

W miniony weekend na ekranach kin pojawił się kolejny film o superbohaterach, oparty o universum DC. Od pewnego czasu tego typu produkcje wyrastają niemal jak grzyby po deszczu, jednak trudno się temu dziwić, wszak to tematyka niezwykle popularna i przynosząca twórcom niemałe dochody. Deadpool pobił w tym roku rekord box office, o czym zresztą wspominałam w tym wpisie, natomiast Batman vs. Superman podzielił fanów kina na dwa przeciwstawne obozy – tych zachwyconych produkcją i tych, którzy mieszali ją z błotem po całości.

Na Legion Samobójców czekałam z utęsknieniem od wielu miesięcy, piszczałam jak nastolatka oglądając pierwsze trailery i odliczałam dni do premiery kinowej. W sobotę zobaczyłam to, na co tak czekałam. I okazało się, że to zupełnie inny film, niż mi się z początku wydawało.

I love Mr J!

Zacznę od tego co najważniejsze – Joker zagrany przez Jareda Leto był doskonały. Miał ogromny potencjał, był genialnie ucharakteryzowany, odpowiednio szalony, sadystyczny i psychodeliczny. Nie przypominał w niczym poprzednich Jokerów, minimalnie nawiązując jedynie do kreacji Jacka Nicholsona. I pojawił się w filmie zaledwie kilka razy. Na całe 2 godziny filmu, jego obecność na ekranie to zaledwie kilka minut. To było moje największe zaskoczenie i największe rozczarowanie, bo spodziewałam się naprawdę wielkiej roli. Od pewnego czasu krążyły historie o tym, w jaki sposób Leto przygotowywał się do zagrania Jokera – między innymi poprzez rozmowy z prawdziwymi psychopatami lub robienie bardzo dziwnych i kompletnie szalonych dowcipów swoim kolegom na planie. Dotarłam też do informacji, że scen z jego udziałem było więcej, lecz twórcy postanowili usunąć je z ostatecznej wersji. Wydaje mi się, że to był bardzo, bardzo zły ruch.

Niewątpliwie królową wszystkiego jest przepiękna Margot Robbie w roli odjechanej Harley Quinn. To ona ratuje ten film od wszelkiej krytyki, jest wspaniała, pełna dziewczęcego uroku i iskry szaleństwa. Jej relacje z Jokerem są w mojej ocenie materiałem na bardzo fajny spin-off, a w Legionie Samobójców tworzyły bardzo ciekawe, romantyczne tło do reszty akcji. To właśnie ta postać jest najbardziej charyzmatyczna, najbardziej przyciągająca i wzbudza największą sympatię widzów, w tym i mnie.

Legion Samobójców

Po tej dwójce następuje długa, lekko niezręczna pauza. Bo biorąc na warsztat wszystkie pozostałe postaci, to żadna nie wyróżnia się już niczym wyjątkowym. Nie ma na kim zawiesić oka. Wydawać by się mogło, że to grupa najgorszych, najbardziej zwyrodniałych przestępców, jakich widział świat, a w rzeczywistości to trochę zagubione sierotki o złotym sercu, którym życie podcięło skrzydła. Każdy z nich ma swoją historię, swój motyw, swoją przeszłość, a mimo to żaden nie jest do końca autentyczny. No, może poza Crockiem, który jako jedyny w pełni akceptuje to, kim jest (a jest uroczy!). Nie zrozumcie mnie źle, Deadshot, El Diablo, Enchantress czy Katana to bohaterowie, którym warto poświęcić uwagę, ale w porównaniu z pozostałą dwójką wypadają po prostu blado. Liczyłam na więcej.

O co właściwie chodzi

W kwestii fabuły nie chciałabym niczego zaspoilerować, choć jak wspomniałam na początku – ten film był zupełnie o czymś innym, niż myślałam. Spodziewałam się wielkiej roli Jokera, doskonałej walki jednego freaka z grupą pozostałych, a dostałam bandę narwanych dzieciaków ratujących świat przed czarodziejskim rodzeństwem. Efekty specjalne, które szalały na ekranie w towarzystwie Enchantress, kojarzyły mi się z filmem klasy B sprzed 15-20 lat, kiedy to stawiano na ilość, a nie jakość. Cała historia jest oparta o retrospekcje, wplatane są wyjaśnienia konkretnych sytuacji, bo inaczej widz mógłby się pogubić. Historia jest szyta tak grubymi nićmi, że momentami jest aż absurdalna i niewiele tam trzyma się przysłowiowej kupy.

Podsumowując jednak całokształt, odnoszę wrażenie, że to była znacznie lepsza produkcja, niż choćby nieszczęsny Batman vs Superman, ale zabrakło tu jednego, konkretnego konceptu i jakiejś opowieści do przekazania. Dzieje się tam dużo, ciągle ktoś ginie, ale mimo to film zdecydowanie nie jest krwawy. To raczej bajka dla nieco starszych dzieci, niż dobre kino akcji w świecie fantasy. To nie jest historia, do której warto wrócić, ale warto ją zobaczyć ten jeden raz. Nie żałujcie kasy na bilety, a najlepiej jeśli będą w promocji.

Ocena: 6/10

Źródła zdjęć: 1 / 2 / 3
Karolina

Kreatywna głowa, pełna pomysłów i inspiracji. Uzależniona od książek, sushi i waniliowej chai latte. Z wykształcenia marketingowiec, z pasji fotograf, z zamiłowania blogerka. Ma milion pomysłów na siebie i chciałaby zrealizować je wszystkie.

  • Świetna recenzja, jesteś niesamowita !

  • Natalia Jaranowska

    Jeszcze nie widziałam, ale już od kilku osób słyszałam, że warto!

  • Ewa Smaś

    Mam podobne zdanie do ciebie, ale mnie chyba trochę bardziej rozczarowała ta produkcja niż ciebie. Efekty specjalne były zapchajdziurą, bohaterowie byli płascy a ich „historie” były strasznie naciągane. Wyjątkiem jest Deadshot i końcówka z nim i córką. To jedyna scena, która mi się naprawdę podobała i się na niej wzruszyłam.

    Zapraszam do siebie
    https://toreador-nottoread.blogspot.com/

  • Moim zdaniem nie warto. Może miałam za duże oczekiwania. Trudno mi nawet uzasadnić dlaczego, czysto subiektywne, wewnętrzne odczucie.

  • Uwielbiam DC i Marvela do tego stopnia, że nie skupiam się aż tak nad tym, czy to dobre/niedobre, kiczowate, tandetne. Nie było jeszcze takiego filmu na podstawie komiksu, którym bym się nie jarała (mówiąc brzydko) :D