Jest poniedziałek rano. Niedzielę wieczór spędziłaś na leniuchowaniu, bo to idealny sposób na koniec weekendu. Musisz zabrać się do pracy. Niezależnie od tego, czy biegniesz na spotkanie, do biura, czy zasiadasz przy własnym biurku z kubkiem kawy – należałoby wyglądać przynajmniej “w miarę”. Podobno są badania, które potwierdzają, że nasza produktywność bardzo zależy od naszego samopoczucia, a ono z kolei jest uzależnione od tego, co widzimy w lustrze w ciągu dnia. Jeśli nie zadamy sobie trudu, żeby się ubrać, uczesać i chociaż minimalnie umalować lub zadbać o skórę – możemy mieć problem ze zmobilizowaniem się do pracy.

Do wyboru do koloru?

Problem pojawia się, gdy stajesz przed swoją szafą. Otwierasz drzwi i masz poczucie, że to wszystko zaraz się na ciebie zawali. Przez chwilę próbujesz przedrzeć się przez setki bluzeczek, koszulek, marynarek, spodni, legginsów, spódnic, sukienek, kamizelek, kurtek, tank-topów, mini, maxi, midi, bluzek z długim rękawem, z krótkim rękawem, odsłaniających ramiona, crop-topów, podwyższonych stanów, długości 3/4, 7/8, czerni, bieli, czerwieni, pstrokatości, neonów, szarości, wzorów op-art, geometrycznych, kwiatowych… Mogę tak jeszcze długo. Wiesz, czemu? Bo to właśnie widziałam, gdy otwierałam moją szafę.

Szafa bez dna

W każdy poranek, niezależnie od tego, czy był to środek tygodnia czy zupełnie luźny weekend, miałam ten sam kłopot. Musiałam coś na siebie założyć, a nie miałam bladego pojęcia, co właściwie znajduje się w mojej szafie. Byłam zmęczona na samą myśl, że muszę poszukać jakiejś bluzki, którą pamiętam, że miałam kilka miesięcy temu, a teraz słuch o niej zaginął. Miałam setki ubrań na imprezy, na które w zasadzie nie chodzę zbyt często. Wiele ciuchów już dawno przestało na mnie pasować, kilka trzymałam z sentymentu, mimo, że w nich nie chodziłam, bo były już tak sprane i znoszone. Ten stan trwał u mnie kilka lat, bo jestem typem, który porządki w szafie robi niezmiernie rzadko i bardzo… wybiórczo. Miałam ten koszmarny syndrom kochania swoich ciuchów i po prostu nie umiałam się z nimi rozstać! To sprawiło, że przez lata chomikowałam ogromną ilość rzeczy, które zupełnie do mnie nie pasowały, zajmowały miejsce i przytłaczały mnie przy każdej próbie ubrania się. Efekt tego był jeszcze gorszy. Nosiłam w kółko kilka ulubionych rzeczy (ulubionych, bo po prostu o nich pamiętałam, mogłam je znaleźć i były uniwersalne) i… szłam na kolejne zakupy! Po co? Bo wydawało mi się, że czegoś mi strasznie brakuje, podczas, gdy po prostu nie mogłam tego znaleźć we własnej szafie!

Ratunku! Tonę w ciuchach!

Nie będę wam wmawiać, że wybawienie przyszło nagle i bezboleśnie. Od wielu miesięcy zaczytywałam się w książkach, poradnikach, blogach o slow fashion i do tej pory nie mogłam się zebrać, żeby uporać się z tym problemem. Miałam wrażenie, że nigdy nie uda mi się pozbyć się ciuchów, że czyszczenie szafy potrwa tygodnie, że dam sobie spokój w połowie, bo najzwyczajniej trafi mnie szlag i rzucę to wszystko. Tymczasem jestem w połowie pracy. Tak, dobrze czytacie, piszę o pozbyciu się połowy szafy, gdy fizycznie ta połowa jeszcze jest w moim domu. Moja szafa w tej chwili jest prawie pusta. Przynajmniej w porównaniu do tego, co znajdowało się w niej jeszcze dwa dni temu. Posegregowałam wszystkie rzeczy, spakowałam… 5 wielkich toreb! Wszystko idzie na sprzedaż, zniszczone i znoszone idą na śmietnik. Żadna z tych rzeczy nie wróci już do mojej szafy, choćbym nawet chciała, postawiłam sobie kategoryczny zakaz i nie mam litości. Nie jest to dokładnie metoda budowania „capsule wardrobe”, bo jednak zostało mi sporo nadprogramowych rzeczy, ale wybrałam tylko takie perełki, które naprawdę bardzo chcę zatrzymać i ustaliłam sobie ich nieprzekraczalny limit. Najtrudniej było z sukienkami, bo je uwielbiam, co chwila jakaś woła do mnie “mamo”, choć prawie ich nie noszę. To właśnie był argument za ich usunięciem z szafy – zostaje to, co lubię nosić i będę nosić. Nie zostaje nic, co podoba mi się na wieszaku (a było takich rzeczy mnóstwo!).

Capsule wardrobe | Idealna szafa krok po kroku

Do budowania idealnej szafy warto podejść metodycznie, a przynajmniej zaplanować sobie jej formę. Zapisałam sobie kilka rzeczy, które tworzą podstawę mojej idealnej garderoby, są jej bazą, która może zyskać dzięki kilku dodatkom. Wypisałam bazowe spodnie, topy, kilka prostych sukienek, kilka spódnic i okrycia wierzchnie i do nich dobierałam pozostałe rzeczy, które chcę zatrzymać. Wybrałam się na zakupy we własnej szafie i wybrałam z niej tylko to, co kupiłabym dzisiaj, co naprawdę jest warte zostawienia. Na pewno moja szafa będzie ewoluować, na pewno jest kilka rzeczy, które chciałabym sobie stopniowo dokupić, a z czasem być może pozbędę się jeszcze kilku, które póki co ze mną zostały. Mam dla siebie ambitne zadanie, żeby w mojej szafie zawsze było luźno, rzeczy wisiały po jednej na wieszaku i każdą było dobrze widać. Może to brzmi śmiesznie i banalnie, ale dotychczas na jednym cienkim wieszaku z pralni wisiało u mnie po 3-4 ciuchy, a szafa była upchnięta na ścisk i nic nie było w niej widać. Pomyślcie sami, ile ciuchów trzeba mieć, żeby tak to wyglądało.

capsule wardrobe collage

Powyżej możecie zobaczyć poglądowy kolaż podstawy mojej idealnej garderoby. To są rzeczy, które w zasadzie mogłyby mi w zupełności wystarczyć, ale dodaję do nich jeszcze tych kilka nadprogramowych ulubieńców. Z mojej szafy zniknęła połowa ubrań, dokładnie połowa. Zmieni się też na pewno mój sposób kupowania, skończę z zakupami na pocieszenie i wydawaniem pieniędzy na rzeczy tragicznej jakości, które po kilku praniach nadają się na szmaty. Ten proces to mój wiosenny detoks i czuję się naprawdę o niebo lepiej, gdy zaglądam teraz do mojej szafy.