BookAThon Polska na majówce | Podsumowanie

BookAThon Polska na majówce | Podsumowanie

Już po raz kolejny miałam naprawdę wielką przyjemność organizować razem z Eweliną Mierzwińską wydarzenie czytelnicze, jakim jest BookAThon. Kolejny rok z rzędu zachęcamy do sięgania po książki i promujemy ideę wspólnego czytania. Dla mnie to wyjątkowo ważny projekt, bo wierzę w jego siłę sprawczą i wiem, jak wspaniałe efekty daje tworzenie czytelniczych wyzwań i zachęcanie Was, czytelników, do przekraczania kolejnych progów i osiągania własnych rekordów.

W tym roku postanowiłyśmy nieco odchudzić i złagodzić te ciężkie BookAThonowe zasady. ;) Zamiast siedmiu wyzwań na siedem dni, przygotowałyśmy dla Was tylko trzy i to takie, żeby majówka z książką była naprawdę relaksująca i udana. Zadbałyśmy o odpowiedni rozmiar książki (jak nie posłuży do czytania, to stabilnie podtrzyma szklankę z zimnym napojem), o dobry humor (jeśli pogoda nie dopisuje, to zabawna lektura stanowi świetne remedium) i o nadrabianie zaległości (bo kiedy, jak nie w długi, majowy weekend).

Jako organizatorka powinnam świecić przykładem, a moja lista przeczytanych podczas BookAThonu książek stanowić materiał do długich rozważań recenzenckich, jednak nie do końca mi się to udało. Z trzech wyzwań wypełniłam dwa, a to z tak prozaicznej przyczyny, jak grypa żołądkowa w samym środku majowego weekendu. Nie, nie miałam nawet ochoty sięgać w tamtych dniach po książkę. Życie pisze różne scenariusze, mi na szczęście wszystko minęło w ciągu dwóch dni, jednak odbiły się one na moich możliwościach czytelniczych.

BookAThon Polska – moje podsumowanie

Wyzwanie “książka, która ma co najmniej 500 stron”

Tu dałam ciała, bo zaczęłam czytać, ale nie udało mi się skończyć. Jestem dopiero na początku książki, dlatego opowiem Wam o niej innym razem.
[Recenzja “Dziecko” Fiony Barton do przeczytania tutaj.]

 

Wyzwanie “książka, która poprawia nastrój”

Tu przewrotnie postanowiłam dokończyć książkę, którą zaczęłam w kwietniu, ale z racji gatunku, nie czytałam jej ciągiem, tylko robiłam sobie przerwy. To książka Paula Blooma “Przyjemność. Dlaczego lubimy to, co lubimy?”. Tak sobie myślę, że do tematu pasuje doskonale, a dodatkowo wyjaśnia mechanizmy związane z tym zagadnieniem.

Paul Bloom to światowej sławy psycholog i profesor psychologii na Uniwersytecie Yale. Jego książka w bardzo ciekawy sposób opisuje, czym jest poczucie przyjemności i w jak bardzo różny sposób potrzeba przyjemności objawia się wśród ludzi. Porusza zagadnienia oczywiste, takie jak miłość, seks, czy choćby posiadanie rzeczy o wysokiej wartości, unikatowych i ekskluzywnych. Bloom uświadamia jednak, że przyjemność wynika często z niekoniecznie “dobrych” bodźców. “Mroczna przyjemność”, jak określa ją autor, może płynąć z doświadczania rzeczy negatywnych i złych. Przykładowo – lubimy pełne przemocy i brutalności gry komputerowe, w których możemy wcielać się w złe i sadystyczne postaci, wyrządzać krzywdę innym graczom i zabijać hordy zombie. Nie robimy tego w prawdziwym świecie (wliczając zombie), bo, według Bloom’a, nie czulibyśmy się bezpiecznie, a to poczucie bezpieczeństwa zapewnia świat wirtualny.

Istnieją jednak skrajności, jak jedna z ciekawszych, opisywanych przez Bloom’a historii, dotycząca tak zwanego Heskiego Kanibala, Armina Meiwesa, który zaprosił do swojego domu innego mężczyznę, aby go… zjeść. Historia miała miejsce w roku 2001 i odbiła się szerokim echem w mediach, ponieważ ofiara Meiwesa wyraziła zgodę na to, co miało się wydarzyć.

Autor podaje wiele przykładów przeróżnych bodźców, które wyzwalają w nas uczucie przyjemności i objaśnia, dlaczego tak się dzieje i czym właściwie jest przyjemność, a także czemu ma ona kluczowe znaczenie w naszym życiu.

Książka zdecydowanie jest warta uwagi i jeśli lubicie takie popularnonaukowe smaczki, to koniecznie po nią sięgnijcie.

Ocena: 6,5/10
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Smak Słowa.

 

Wyzwanie “książka odłożona na bok”

Nadszedł czas na moje BookAThonowe rozczarowanie. Książkę Ewy Zdunek “Mediatorka” otrzymałam już jakiś czas temu od Wydawnictwa W.A.B i po przeczytaniu opisu byłam pełna nadziei na fajną, lekką i przyjemną lekturę. Niestety żadna z tych cech mi do tej książki nie pasuje. “Mediatorka” opowiada historię Marty, która pełni tytułowy zawód mediatora i pomaga ludziom dochodzić do porozumienia w konfliktach. Zajmuje się rodzinnymi kłótniami, sprawami rozwodowymi i służy pomocą w sytuacjach beznadziejnych. A przynajmniej tak powinno to wyglądać.

Życie osobiste Marty to jedna wielka porażka – jej małżeństwo właśnie dobiegło końca i runęło jak domek z kart, robiąc przy okazji niezły bałagan. Jej matka to toksyczna i despotyczna jędza, która czerpie niemal namacalną, fizyczną przyjemność z dokuczania i gnębienia swojej córki, trzymając zaciekle stronę jej byłego męża. Dwie córeczki Marty na szczęście niezbyt wiele rozumieją z tego, co dzieje się w życiu ich matki.

Nagle Marta ulega wypadkowi, który zmienia wszystko i stawia na szali jej zaufanie do bliskich, przyjaciół i samej siebie. Brzmi dobrze? Brzmi jak materiał na wciągającą lekturę? I zapewne tak jest, tylko to nie ta książka.

Pierwsze rozczarowanie “Mediatorka” przyniosła mi w sposobie pisania autorki. Język jest prosty, fabuła płytko zarysowana, a dowcip zupełnie nie w moim klimacie. Z recenzji, jakie czytałam na innych blogach, sposób, w jaki autorka posługuje się humorem i wplata go w fabułę powieści, z pewnością stanowi dla czytelników fajną odskocznię od poważnych tematów, ja jednak kompletnie się w nim nie odnalazłam.

Kolejnym rozczarowaniem są bohaterowie, chyba wszyscy w jakiś sposób mi doskwierali. Marta, która ma być główną atrakcją książki, zarówno prywatnie, jak i zawodowo, jest kompletnie nieudolna, nieprofesjonalna i daleko jej do bohaterki, z którą mogłabym się jakkolwiek zżyć. Jej matka przyprawiała mnie o nieustanne wkurzenie, bo rzucane przez nią teksty i sposób wypowiadania się były nie do zaakceptowania w relacji matka-córka. Oczywiście wszystkie te wątki mają swoje fabularne uzasadnienie i pewne sprawy są wyjaśniane do końca książki, nie zmienia to jednak faktu, że brakowało mi w tej lekturze choć jednej osoby, z którą nawiązałabym jakąkolwiek relację czytelniczą. Odniosłam wrażenie, że zmarnowałam kilka godzin przy tej książce i było mi naprawdę szczerze szkoda, bo liczyłam na wyjątkowo fajną lekturę. “Mediatorka”, patrząc na zakończenie, powinna mieć swoją kontynuację, ja chyba jednak już po nią nie sięgnę.

Coś, o czym myślałam podczas czytania, to także zawód mediatora, który miał być tu przedstawiony i przybliżony czytelnikowi. O ile faktycznie wiele rozdziałów poświęconych jest pracy Marty i opisuje w ciekawy sposób to, czym nasza bohaterka zajmuje się na co dzień, a także jaki wpływ jej praca ma na jej osobowość, o tyle wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że jej postawa jest na tyle nieprofesjonalna lub przerysowana na potrzeby fabuły, że po prostu mija się z prawdą.

Książkę oceniam dość nisko, choć nie jest to najgorsza lektura, jaką miałam w ręku. Nie była dopasowana do moich zainteresowań i oczekiwań, nie chcę jej Wam zupełnie odradzać, bo wiem, że zarobiła również wiele pozytywnych opinii i być może Wam się spodoba. Dla mnie najlepsza w “Mediatorce” jest jej… okładka.

Ocena: 2,5/10
Za książkę dziękuję Wydawnictwu W.A.B

A czy Wy braliście udział w naszym maratonie czytelniczym? Jak Wam poszło? Koniecznie dajcie znać i opiszcie swoje wrażenia z majówkowej edycji BookAThon Polska! Na naszej grupie na Facebooku czeka specjalny post, pod którym możecie wklejać linki do swoich podsumowań, do czego gorąco zachęcam. :)